BlogPolitykaPolska

Adam Szejnfeld: Marcinkiewicz w spódnicy?

Adam SzejnfeldSejmowe kuluary huczały od plotek, padały nazwiska, stanowiska i daty. Nikt do końca nie wiedział, co tak naprawdę się stało. Czuć było jednak nerwową atmosferę i niedowierzanie. Aleje Ujazdowskie wypełniały się wozami transmisyjnymi kolejnych stacji telewizyjnych.

Koalicjanci, mimo rodzących się niepewności, liczyli na utrzymanie tek ministerialnych. Co mogło się stać, że jeden z najpopularniejszych polityków w Polsce zaledwie po kilku miesiącach musiał zrezygnować z fotela premiera? I to na dodatek nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę. Lipiec 2006 roku był niezwykle gorący… Kazimierz Marcinkiewicz przestał być szefem rządu i zastąpił go… Jarosław Kaczyński.

Czy jeśli PiS doszedłby po październikowych wyborach do władzy, powtórzyłaby się sytuacja sprzed 9-u lat, o której tak wielu dzisiaj już nie pamięta? Czy po zrealizowaniu szybkiego planu „naprawczego” Polski, czyli podporządkowaniu sobie prokuratury i służb specjalnych oraz przejęciu mediów publicznych i demontażu systemu emerytalnego, okaże się, że proces „reformowania” kraju nie jest wystarczająco dynamiczny i nowy impuls może mu nadać tylko rząd z prezesem Kaczyńskim na czele? Taki scenariusz nie byłby dla nikogo zaskoczeniem. Ba! Byłby, jak mawiał klasyk, „oczywistą oczywistością”, wynikającą z charakteru partii, jaką jest PiS. Tutaj miejsce jest tylko dla jednego wodza, który w swoim otoczeniu nie toleruje tych, którzy ośmielają się mieć inne niż on poglądy i z żelazną konsekwencją eliminuje każdego, którego popularność mogłaby mu kiedykolwiek zagrozić.

Marcinkiewicz, Dorn, Kamiński, Kluzik-Rostkowska, Kowal, Poncyliusz, a ostatnio Mastalerek… Każdy z nich, w swoim czasie i na swój sposób, pomógł Jarosławowi Kaczyńskiemu odzyskać poparcie i przez pewien okres funkcjonował jako jego „ulubieniec” i „wybraniec”. Tylko po to, żeby później zostać odsuniętym od kręgu najbliższych prezesa. Całkowita marginalizacja niesubordynowanej jednostki i zmuszenie jej do opuszczenia partii nie należy tutaj bowiem do rzadkości. Tak, to prawda, prezes potrafi na chwilę usunąć się w cień, w ramach ocieplania wizerunku partii. Ale nigdy nie trwa to długo. On musi wrócić na scenę, by w świetle kamer i przy gromkich brawach swych zwolenników przekazywać narodowi jedynie słuszną wizję rzeczywistości. Jego wizję.

Dokładnie tak, jak miało to miejsce podczas Sejmowej debaty dotyczącej naszej solidarności z uchodźcami. To on, a nie oficjalna kandydatka na premiera, przedstawił PiS-owską strategię rozwiązania tego problemu, mówiąc o 54 strefach w Szwecji pozbawionych kontroli państwa, gdzie na dodatek miałby obowiązywać szariat, na co błyskawicznie zareagował Sztokholm. Tym razem polityka insynuacji, spiskowych teorii, podejrzeń, półprawd i mitów została szybko zdemaskowana. Czy ktoś może mieć jednak jeszcze jakiekolwiek złudzenia, że partia zmieniła się dzięki młodym ludziom, którzy na wiecach są ustawiani wokół prezesa? Dobrze wiemy, że po wyborach, bez względu na wynik, do łask wracają potakiwacze i niezmordowani wykonawcy jego poleceń.

Prezes był, jest i będzie tylko jeden. Beata Szydło może zostać w każdej chwili zepchnięta w otchłań politycznego niebytu. Konstytucja konstytucją, ale to Jarosław Kaczyński, a nie prezydent, będzie decydował, kto i jak długo będzie premierem w razie zwycięstwa PiS-u w wyborach. Test uległości i oddania jest bowiem nieodłącznym elementem relacji z wodzem. To Kaczyński ma ostateczne zdanie przy układaniu list do Sejmu i Senatu i będzie decydować o składzie przyszłego gabinetu. Dlatego już teraz Polki i Polacy powinni sobie uświadomić, że głosując na Beatę Szydło, oddają pełną władzę w ręce Prezesa i jego świty.

Adam Szejnfeld
Poseł do Parlamentu Europejskiego

Foto: Pudelek TV

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

15 + dwanaście =